czwartek, 22 października 2009

po dziesięciu latach przeszło...


Nastało popołudnie.. Październikowe, mroczne oczekiwanie na pierwszy od ponad dziesięciu lat samotny wieczór..

Po wszystkich tych latach - zwyczajnych, niezłych wcale, dopadła mnie samotność - najgorsza i prawdziwa, bo niechciana, niewybrana i niespodziewana przede wszystkim.

Przeżyłam wiele rozstań z najbliższymi; trudnych i bolesnych, tym bardziej że nie do odwrócenia.. A tymczasem to uderzyło we mnie z najmniej spodziewanej strony...

Znajomi mówią: "Nie jesteś samotna.. masz synka... Nigdy nie będziesz sama.." Chcą dobrze. Wiem o tym. Ale przecież nie o to chodzi...

Podobno to, czego się obawiamy; czego lękamy się panicznie, dopadnie nas.. Najwidoczniej coś w tym jest.

Ratuję się pisaniem, zawsze w ten sposób się broniłam - taki "wentyl bezpieczeństwa", kula, którą można się nieco podeprzeć.. Czy to tylko tworzenie złudzeń? Środek przeciwbólowy? Jeśli nawet.. ratować się muszę jakoś, żeby nie zwariować, żeby nie wyć przy dziecku, żeby "zachować twarz"...

Jestem przerażona - za duży dom.. za duże łóżko.. puste wieszaki tłukące o ścianki szafy.. kubek na umywalce z jedną tylko szczoteczką..

I wspomnienie słów: " To nie Twoja wina.. nie mam Ci nic do zarzucenia.. po prostu to była POMYŁKA"...